Andrew wyszedł pierwszy i otworzył mi drzwi. Próbowałam wyjść sama szybciej, ale on mnie prześcignął. Stanęłam przed drzwiami i spojrzałam w górę, zobaczyłam napis "Karczma u mamusi"
-"Karczma u mamusi?" co to za nazwa?
-Mówię Ci świetne jedzenie!
Weszliśmy do środka. Tłoku dużego nie było, tylko parę osób przy stolikach. Usiedliśmy obok okna, za chwilę podeszła do nas gruba kelnerka.
-Co podać? - powiedziała z szerokim uśmiechem na twarzy.
Spojrzałam na menu i moja mina się zmieniła. Jestem na diecie, a tutaj :
-Czy mogę zamówić sałatkę wegetariańską?- zapytałam
-Córciu, zobaczymy, co da się zrobić - powiedziała śmiejąc się - A dla Ciebie młodzieńcze?
-Ja nic, nie jestem głodny.
-Na pewno, kochanieńki nic nie zjesz? Ty taka mała chudzina jesteś.
-Na pewno
-Dobrze.- i odeszła.
Odłożyłam kartę menu obok i popatrzałam się na Andrewa. Wyglądał trochę dziwnie, jakby miał się czymś zakrztusić!
-Wszystko w porządku?- zapytałam
-Muszę na chwilę wyjść - powiedział i wyszedł.
Próbowałam coś zobaczyć przez okno, ale nie udało mi się go dostrzec.
Kilka minut później
-Proszę oto sałatka! - Wykrzyknęła Sharlotta(tak miała na imię) - Mam nadzieję, że będzie smakowało!
-Tak - lekko się do niej uśmiechnęłam
Kelnerka spojrzała na puste miejsce na przeciwko mnie.
-A gdzie młodzieniec?
-Wyszedł, źle się poczuł.
-Aha, to ja nie przeszkadzam. - odeszła od stolika i podeszła pod bar, tam zaczęła wesoło rozmawiać z jakimś facetem, prawdopodobnie był to jej mąż. Wciąż było słychać śmiechy i chichy.
Popatrzałam na talerz, w którym miała być moja sałatka. Dostrzegłam tam trochę sałaty, parę pomidorów, ogórki itp, ale zauważył także tuńczyka. Zjadłam same warzywa. Jestem wegetarianką od 10 roku życia. Nie umiem wyobrazić sobie cierpiących zwierząt, tylko po to, by inni ludzie mogli to sobie zjeść!
Zjadłam warzywa i czekałam na Andrewa. Popatrzałam na wyświetlacz, jest godzina dwudziesta trzydzieści. "Gdzie on się podziewa? - pomyślałam - Dobra, ja już nie mam czasu! Kurwa! Co on musi tam robić?!"
-Przepraszam! - wykrzyknęłam w stronę baru - Poproszę rachunek.
Kelnerka zaraz zapisała na kartce cenę i podeszła do mnie
-Proszę. -podała mi kartkę, a ja zaczęłam wyjmować portfel, a z niego pieniądze - Jednak ten chłopak się nie zjawił. Och, chyba niewłaściwego chłopaka sobie znalazłaś!
-To nie jest mój chłopak! - powiedziałam i podałam harlottcie kasę - Dziękuję i dobranoc. - zaczęłam się ubierać, ale zapomniała, że przyjechałam tutaj autem Andrewa - Jest tu gdzieś auto stop? Bus? Czy coś w tym stylu?
Kelnerka się odwróciła i chwilę na mnie popatrzała - Chcesz dziecko o tej porze wracać autobusem? O tej godzinie tutaj zjawiają się bandyci! - powiedziała, ale spojrzała na moją minę - kilka metrów w lewą stronę od karczmy jest przystanek autobusowy. Tylko się pospiesz, bo tutaj raczej się nie zatrzymuje!
-Dobranoc! - wykrzyknęłam i wybiegłam.
Wyszłam i spojrzałam w prawo- tam powinno być Porsche Andrewa - nie było. "Kurwa! Skurwysyn jeden pojechał beze mnie! - pomyślałam - Ja mu pokaże, jak się spotkamy!Kurwa" Zaczęłam go wyzywać od najgorszych sukinsynów. Spojrzałam w lewo i zaczęłam biec, wolę być wcześniej, żeby ten cholerny bus na mnie zaczekał. Ekranem komórki oświecałam sobie drogę, gdy jechało jakieś auto zaczęłam pokazywać znak, że chcę żeby mnie ze sobą wzięli. Nikt się nie zatrzymał, ani jeden cholerny dupek nie nacisnął przy mojej postaci hamulca! Co za jebane szczęście! Szłam i biegłam, aż dotarła. Na ścianach przystanku były zajebiste grafitii. Ci ludzie mają po prostu talent! Spojrzałam na kartkę wiszącą. Przeczytałam, że jedzie o 20.20 i 21.00. A jest godzina za pięć dwudziesta-pierwsza. Ale trafiłam! Teraz zauważyłam busa!Co za szczęście. Pokazywałam, zęby się zatrzymał, ale on nawet nie drgnął tylko dalej jechał. Nie rozumiem, wyszłam na ulicę i wtedy te nie zatrzymał. Poczułam ból.
Kierowca - narracja trzecioosobowa
-La, la, la , la święta zaraz będą - nucił sobie pod nosem kierowca ze słuchawkami na uszach - święta już za pasem la , la, la! Och! Jaką ty masz piękną twarz! - popatrzał się w lusterko. Odwrócił wzrok przed siebie na ulicę i obaczył Katherinę. - Ooooo! Nie!!!!! .
Próbował zahamować, ale za bardzo się ropędził
"Mój Boże Miłosierny! Ja nie chciałem!" - pomyślał i wyszedł z auta. Spojrzał na leżące ciało. Wyciągnął komórkę i wpisał numer 911
-Halo? Wypadek na Saturn Quest Road 45 droga, proszę o szybkie przybycie. Potrącona dziewczynka.
-Przez pana?
-Tak, proszę się pospieszyć!
-Już ludzie wyjeżdżają. - odpowiedział i się rozłączył
-Tylko mi tutaj nie umieraj! - prosił Kate.
Próbował jej zrobić oddechy i inne ćwiczenia ratunkowe. Po dziesięciu minutach przyjechała karetka i policja. Lekarze wysiedli i wyciągnęli nosze z karetki. Podeszli do dziewczynki i delikatnie położyły ją na noszach.
-Proszę iść wyjaśnić wszystko, co tutaj zaszło policji. -powiedział jeden z lekarzy.
-Oddycha! - wykrzyknął drugi i wszyscy czworo wzięli nosze na ręce, wnieśli je do karetki.
W tym samym momencie - przesłuchanie Leonarda Bonnforga.
-Dobry wieczór! - przywitał się policjant.
-Dobry wieczór.
-Imię i nazwisko, proszę
-Leonard Bonniforg.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz